To był KULTowy koncert!

0
27
views

Czy przesadzę pisząc, że fani kultu prawie roznieśli Teart Łaźnia Nowa?
Chyba nie. To co się tam działa to już nawet nie był ogień. To było istne piekło.
Na szczęście nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką, więc czułam się jak w domu!

KULT jak się nazywa taki jest. Kultowy. I taka też jest „Pomarańczowa Trasa”. Od 1998 roku stała pozycja w kalendarzu tegoż zespołu. Zwana jest też trasą około październikową. Dlaczego, to chyba tłumaczyć nie trzeba. Od dwudziestu lat, rok w rok  KULT gra
w największych polskich miastach. Kiedy bez niespodzianek i w tym roku ogłosili trasę wiadomo było, że iść trzeba. Ale po bilety
nie pobiegłam bo przecież to nie Metallica gdzie wyprzedają się w pięć minut. Jaki człowiek stary taki głupi. Myśli sobie – zdążę przecież. Zespół gra dłużej niż ja żyję, w trasie jest co roku, kto chciał ich zobaczyć to już zdążył.  Z resztą Łaźnia Nowa mała nie jest, a zespół młody. Czy polska grupa istniejąca od 1982 roku może jeszcze budzić wielkie emocje?

Jak się okazuje może. A wzbudza je już przed koncertem, bo w swej głupocie zakup biletu odłożyłam niemal na ostatnią chwilę, a potem adrenalina poziom tysiąc bo nigdzie już nie ma!
W Internecie sprzedaż zamknięta. Kolekcjonerskich też już brak. No ale to KULT. Przecież ja muszę tam być!
Piszę więc na Facebooku na stronie wydarzenia „kupię trzy bilety”. Nikt nie sprzedaje. No dobra. Ponawiam apel – „kupię dwa”. Nadal nic. Piszę do wszystkich miejsc prowadzących sprzedaż biletów kolekcjonerskich. No bo może jednak. Może coś jeszcze przyjdzie.
Chociaż jeden…
Jest! W końcu dostaję info z metalshopu na Długiej. Mają pięć!!! Biegnę. Powinnam biec w drugą stronę miasta do pracy, ale trzeba mieć
w życiu jakieś priorytety. Spocona i zmęczona dobiegam w końcu na Kleparz. Stawiam już pierwsze kroki na Długiej i … przychodzi wiadomość „przykro mi niestety poszło”.

Zrezygnowana idę w końcu do pracy. Jak nietrudno się domyślić w koniec końców historia zakończyła się pomyślnie. Udało mi się zdobyć te bilety i dobrze, że są kolekcjonerskie. Będzie fajna pamiątka jedynego polskiego koncertu, na który bilety musiałam zdobyć zamiast
po prostu kupić. Niech sobie stoją na półce i przypominają, by w przyszłym roku już nie zwlekać. Bo to że w przyszłym roku znowu (sama nie wiem który raz) pójdę na ich koncert jest bardziej niż pewne.
Ten zespół się nie nudzi, a jego muzyka nie dezaktualizuje. Choć co do niektórych kawałków trochę szkoda bo to straszne,
że nadal są aktualne.

W każdym razie KULT zdaje się być zakonserwowany w jakiejś kapsule czasu niczym Walt Disney. Kazikowi zmienia się tylko fryzura.
Reszta bez jakichkolwiek zmian. Od lat ten sam wyluzowany facet  „O kurwa pomyliłem słowa! Dobra gramy od nowa” , ten sam głos, ruchy.
No Kazik po prostu. Klasa sama w sobie. Jedyny polski i jeden z niewielu artystów w ogóle którym kłaniam się w pas. Wielki szacunek mam dla tego jegomościa. Ale nie rozpisujmy się tu o Panu Staszewskim. O nim jeszcze będzie niebawem…

fot.

Koncert. No poezja. Taka bardziej baudelaire’owska, ale taka najlepsza. Rockową muzykę na żywo cechuje to, że nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Byłam już na wielu KULTowych koncertach i każdy był inny. Ten jest jednym z dwóch najlepszych. Zdarzyło mi się już,
że chorujący na depresję Kazimierz nie był chyba w sosie i cały wieczór grał jeźdźców i inne bijące dzwony. Ale kiedy wczoraj,
zaraz po otwierającym „Jeśli będziesz tam” wjechały „Ręce do góry” i  „Oni chcą Ciebie” wiedziałam, że to będzie koncert na pełnej piździe (Nie, nie zapomniałam się i nie piszcie skarg do redakcji. To recenzja z koncertu KULTu, tu się nie mówi że koncert był bardzo energetyczny – był właśnie taki jak napisałam). Reszta publiki też to wyczuła. Nie trzeba było czekać na tzw. „Piosenkę około wakacyjną” żeby tłum
się rozkręcił, bo zrobił to od razu. Jak leciała „Goopya Pizda”  pogo było już dosłownie wszędzie. Objęło całą salę. Nie było chyba całej sali miejsca, żeby po prostu sobie stanąć. Chciałeś czy nie chciałeś byłeś częścią skaczącej i przelewającej się masy.

Znajomi wyszli. Cieniasy! Moje skromne 48kg jakoś sobie poradziło choć nie było łatwo. Co prawda nie jest już tak, że nie lubię Comy,
ale tu nie było tylu łatwych do pokonania nastolatków. Raczej rówieśnicy moi, a nawet i członków zespołu. W dodatku same chłopy.
Nie mylić z chłopaki czy mężczyźni. Chłopy. Dwa metry i sama nie wiem ile kilo cielska. Aż chciałoby się zacytować Roguckiego „wieloryby niech zostaną z tyłu”. Niestety. Nie zostały. Nie ważne. Dałam radę. Zdziwilibyście się ile można zdziałać chudym łokciem. Trochę słabo było jak moje żebra znalazły się na granicy pęknięcia, ale też wytrzymały. Z resztą walka o życie nie trwała aż tak długo.
Przez zdecydowaną większość koncertu panowało coś co może określić tylko oksymoron – grzeczne pogo. Było istne szaleństwo ale jakieś takie bezpieczne, a nie takie jakie pamiętam z koncertu Pearl Jam w Chorzowie.
O bisie tu nie piszę, bo wiadomo – koniec koncertu, na dodatek same petardy „Polska”, „Wolność”, „Krew Boga”. No trzeba było na siebie uważać.

fot.

Normalnie wyszłabym wkurzona i marudząca co za bydło przychodzi na te koncerty i niech się idą naparzać gdzieś na stadiony,
a nie do normalnych ludzi, ale nie tym razem. Teraz nawet mi się to podobało. Atmosfera była nie do opisania. Power, energia, jedność, radość
i miłość muzyki. Czułam się tam bezpiecznie, czułam że chcę i mogę rzucić się w to pandemonium i dać upust szczerym emocjom wywołanym jak zawsze genialnymi dźwiękami płynącymi ze sceny. Bo trzeba wspomnieć, że zespół grał na najwyższym poziomie.
A to, że Kazik teksty myli? Pfff! Dzięki temu „Brooklińską Radę Żydów” zagrali półtora raza. Na to co działo się pod sceną patrzyli z lekkim niedowierzaniem i widocznym zadowoleniem.  Faktycznie można być lekko zdziwionym jeśli po trzydziestu trzech latach granie w zespole nadal sprawia Tobie i Twoim fanom wielką radość i wyzwala wielką energię.
Kazik twierdzi, że nie wie wcale czy muzyka ma moc. Ja nie wiem czy wszyscy artyści to prostytutki, ale bez względu na odpowiedź jemu
i jego ekipie bez wahania dam te sześćdziesiąt pięć polskich złotych. Niech mają. Należy się. Z wielką chęcią wepchnę im do ręki moje pieniążki za rok i za rok i za rok…

 

NIE WIESZ JAK RUSZYĆ Z BIZNESEM? DOWIEDZ SIĘ TUTAJ!