Pearl Jam w Polsce – relacja bardzo subiektywna

0
661
views

To nie będzie typowa relacja z koncertu. Nie poczytacie co i w jakiej kolejności zagrali. Ba! To nawet nie będzie obiektywny artykuł. Nie może taki być. Nie kiedy pisze go wieloletni fan, traktujący zespół jak religię. Bo Pearl Jam to nie jest zwykły zespół. To instytucja i zjawisko społeczne. Nie tylko ich muzyka porusza wiele ważkich spraw. Oni sami robią to przy każdej możliwej okazji. Wspierają wszelakie akcje charytatywne, biorą udział w protestach i do nich nawołują, o czym będzie w poniższym artykule.

Bycie fanem Pearl Jam nie ogranicza się do muzyki. To pewien sposób życia i myślenia oraz system wartości. Idąc na koncert takiej grupy oczekuje się czegoś więcej, niż tylko dobrej zabawy. Równie ważna jest też wspólnota myśli i emocji, dzielona z zespołem, ale też z innymi fanami. A przynajmniej kiedyś tak było…

Kiedyś to były czasy!

Ano były, ale z przykrością stwierdzam, że chyba się skończyły. Tych najlepszych czasów nie dane mi było doświadczyć, bo kiedy odkryłam Pearl Jam epoka grunge już dawno się skończyła. Ale na początku lat dwutysięcznych wciąż byli zespołem alternatywnym, niszowym, niekomercyjnym, żyjącym według zasad i wartości zawartych w ich muzyce.  To były piękne czasy, w których to co robili było autentyczne i szczere. Tak samo jak oddanie fanów. Koncert był niczym msza. Prawdziwie duchowe, wręcz religijne przeżycie.

Emocje sięgały zenitu.

Od ekstazy, po autentyczne wzruszenia i łzy. Miłe dla ucha piosenki nie wystarczyłyby, żeby to osiągnąć. Udawało się, bo emocjom wywołanym przez samą melodię i piękny głos Eddiego Veddera, towarzyszył silny przekaz płynący z tekstu oraz to co najważniejsze – świadomość że on i pozostali muzycy naprawdę w to wierzą, że to nie są tylko puste słowa. Taki koncert dotykał bardzo głęboko. To było coś niemal mistycznego, nienamacalnego.


źródło: media

I właśnie dlatego byłam aż na 8 koncertach. W różnych miastach i w różnych krajach. Ale to wcale nie jest dużo. Są i tacy, co „robią całą trasę”. Jeżdżą za zespołem na każdy koncert. Śpią pod stadionem dzień, dwa, czasem dłużej. Byleby za wszelką cenę dostać się do pierwszego rzędu. Stworzony został nawet system kolejkowy. Przyjeżdżasz i dostajesz numerek. A potem już wegetujesz pod wejściem aż do otwarcia bram. Wychodzić wolno tylko do toalety. Nie inaczej jest na tej trasie. Tak zwane kolejkowanie osiąga już prawdziwe kuriozum. Nie można tak po prostu na luzie przyjść na koncert, by mieć szansę na w miarę dobre miejsce. Trzeba je sobie wywalczyć. Kolej-kując oczywiście.

Jak wcześnie trzeba być, żeby załapać się na pierwszy rząd? Z każdą trasą coraz wcześniej.

Na następnej trzeba chyba będzie rozbić obóz tydzień wcześniej. Słowo obóz jest tu kluczowe, bo dobry kolejkowicz przyjeżdża na koncert już nawet nie z karimatą, jak to kiedyś było. Teraz trzeba mieć śpiwór, namiot, walizkę… Na koncert z walizką i namiotem… Takie to czasy nastały proszę Państwa. Ale nie martwcie się. Oszczędzę Wam wydatków. Nie trudźcie się. Nie kupujcie tego wszystkiego i nie przyjeżdżajcie tydzień na przód.

Na pewno i tak będziecie już spóźnieni, bo pierwszy rząd okupuje zawsze ta sama grupa ludzi. Gdyby raz stanęli w drugim, czy nie daj Boże jeszcze dalszym rzędzie, to sama nie wiem co by było. Pewnie najgorszy koncert w życiu, krzyk i rozpacz. Nie ważne, że widzą zespół setny raz, nie ważne że ZAWSZE są z przodu, że może w danym mieście jest ktoś, kto chciałby choć raz być w pierwszym rzędzie, bo nigdy nie był. Nieee. Oni muszą tam stanąć sto pierwszy raz. A jak ktoś też chce to bardzo proszę. Przecież zawsze może rozstawić i swój camping. (Spoiler: jeśli jednak będziecie chcieli walczyć to na następną trasę proponuję przyjechać przyczepą).

Jeśli kogoś nie kręci kilkudniowe spanie na betonie w bardzo różnej aurze pogodowej może sobie zająć miejsce dla zwyczajnego śmiertelnika w dalszej części płyty, albo co gorsza na trybunach! No tam jak idziesz to nie spodziewaj się dobrej zabawy, bo przecież ona jest tylko na płycie. Oczywiście tej pod samą sceną. Można więc powiedzieć, że sama jestem sobie winna. Nie tylko świadomie wybrałam miejsce na trybunie, ale byłam też na tyle bezczelna, że jeszcze oczekiwałam tam dobrej zabawy. Faktycznie widziałam ją w tych pierwszych rzędach. Skakali, klaskali, śpiewali… Tam wrażenia rzeczywiście mogły być religijne jak to zwykle na Pearl Jam bywało.

źródło: media

Za to ten, kto widział więcej niż scenę i czubek własnego nosa raczej wniebowstąpienia nie doznał. Ja przynajmniej dość twardo stałam wciąż na ziemi. Już na samym początku podeszła do mnie Pani w sukience (pozdrawiam serdecznie) powiedzieć żebym podrygując nie wychodziła poza obszar swojego krzesełka, bo ona nic nie widzi. Wiadomo przecież, że na koncert rockowy chodzi się po to, żeby siedzieć i patrzeć. Ale dobra. Przesunęłam się uważając by na centymetr nie wychylić się dostępny mi obszar.

To z kolei nie podobało się Państwu obok (również pozdrawiam). Patrzyli na mnie spode łba, że śmiem klaskać, śpiewać i nawet sobie trochę tańczę. Strasznie ich tym zniesmaczyłam za co serdecznie NIEprzepraszam. Mnie natomiast zniesmaczyło ich zachowanie. Pan większość czasu musiał sobie podpierać głowę żeby mu nie odpadła. Pani siedziała równie zblazowana. Nie wysilili się nawet na jedną owację. Ani przy powitaniu zespołu, ani po żadnym z utworów. Ostatecznie koncert tak ich znudził, że w połowie po prostu sobie poszli. I tu akurat podziękowania. Nikt nie mówi o dzikim pogo.

Jakbym tego oczekiwała to bym poszła na płytę (choć nawet tam bym tego nie dostała, bo i na płycie około połowa obecnych stała jak słup soli z założonym rękoma, czasem zajmując je tylko trzymaniem kolejnego piwa). Jak ktoś chce niech sobie siedzi. Ma krzesełko niech korzysta. Na zdrowie. Niech nawet nie śpiewa i nie macha. Ale żeby nie wysilić się na oklaski nawet na końcu piosenki czy podczas wejścia lub zejścia zespołu ze sceny to już zwyczajny brak kultury. Siedzenie z głową opartą prawie na kolanach czy spanie (bo byli i tacy) naprawdę skutecznie zabija nastrój. I nie mówcie „trzeba było iść na płytę”, bo mam prawo wybrać trybunę a i tak dobrze acz kulturalnie się bawić bez ustawiania mnie 5 cm w stronę krzesełka.

Na płycie z resztą wcale lepiej nie było. Przynajmniej z mojej perspektywy, a widok na nią miałam całkiem dobry. Oczywiście, że byli i tacy co stali dalej od sceny i bawili się dobrze. Byli nawet tacy co siedzieli na trybunach i mówią, że zarówno oni jak i ich sąsiedzi z sektora bawili się świetnie. Może ja jestem po prostu stara. Może wymagam zbyt wiele od współczesnego świata. Dobre czasy przyzwyczaiły mnie, że mniej lub bardziej, ale każdy na swój sposób bierze choć minimalny udział w koncercie. Ale żeby nie było, że wszyscy spali. Byli też tacy co swoją energią nadrabiali za dziesięciu. Wykorzystywali ją np. po to żeby przepchnąć się w kolejce. Głównie po piwko. Jedno, dwa, góra dziesięć.

To był pierwszy koncert tego zespołu, na którym nie poczułam tych wszystkich emocji, po które chodzę na koncerty Pearl Jam. Dziwić to może tym bardziej, że zespołowi tak naprawdę nic zarzucić się nie da. Przynajmniej nie muzycznie. Było to co zwykle – grali świetnie, Eddie dał niezły show, były „białe kruki” czyli piosenki, które grają bardzo rzadko i trzeba mieć szczęście, by usłyszeć je live. Bo musicie wiedzieć, że każdy występ zespołu jest inny. Nigdy nie wiadomo co zagrają, bo set lista zmienia się z każdym koncertem.

Sama będąc na ośmiu koncertach wciąż mam kilka takich utworów, których nie udało mi się usłyszeć na żywo. Można być nawet na 1000 i wciąż mieć takiego białego kurka bo np. „strangest tribe” wykonali w swojej karierze raz! Oprócz tego są „momenty”. To już trudniej wyjaśnić. Chłopaki mają świetną relację z publiką i nie chodzi tylko o wspólną zabawę. Zawsze dzieje się coś niezaplanowanego, coś niemal intymnego, co wyróżnia dany koncert na tle innych i wywołuje wiele wzruszeń.

W Krakowie takich „momentów” było kilka np. kiedy wyłączyli nagłośnienie. W połowie piosenki zapanowała cisza. Przynajmniej na scenie, bo publiczność śpiewała dalej i dokończyła piosenkę. Cudowną chwilą i ukłonem w stronę fanów było wykonanie jednej piosenki specjalnie dla osób mających miejsce na trybunach za sceną. Członkowie grupy odwrócili się przodem do nich tak by choć na jeden utwór mogli poczuć się jak w pierwszym rzędzie, doceniając tym samym fakt, iż zechcieli kupić nietani bilet na najgorsze możliwe miejsce (za plecami zespołu) by tylko uczestniczyć w koncercie.

Najbardziej niezapomnianym „momentem” krakowskiego show jest jednak to, co wydarzyło się na koniec. Eddie kazał ze sceny ochroniarzom, by przepuścili fana z pierwszego rzędu chcącego do niego podejść. „Ma koszulkę Soundgarden, nie może być taki zły” powiedział. Chłopak wszedł na scenę podał coś Eddiemu i uścisnął mu dłoń. Wszyscy zazdrościli szczęściarzowi nie wiedząc nawet, że to dopiero początek zapewne najlepszej chwili w życiu tego młodego chłopaka. Po chwili powrócił on na scenę, tym razem z gitarą. Zespół pozwolił mu ze sobą zagrać cały numer. Nie mam wątpliwości, że to była najpiękniejsza chwila jego życia.

źródło: media

Był to chyba najpiękniejszy moment, ale nie najważniejszy. Jak już wspominałam zespół chętnie i dobitnie wyraża swoje poglądy polityczne. Zrobił to też w Tauron Arenie. Na koncercie w Pradze, poprzedzającym Kraków dali wyraz swojego poparcia dla strajku kobiet w Polsce. Można więc było oczekiwać, że temat się pojawi i tak też było. Na początku utworu „lighting Bolt” z telebimów wyświetlane było logo protestu. Wszyscy myśleli, że to właśnie jest ich przekaz, że to co chcieli przekazali piosenką. Oj, jak bardzo się myliliśmy. Niedługo później Eddie wrócił do tej kwestii wygłaszając ze sceny prawdziwe przemówienie. Mówił o polityce Trumpa, o tym że nie wolno milczeć, że trzeba walczyć, bo kiedyś inni musieli walczyć o to, byśmy dziś mogli pokojowo protestować i naszym obowiązkiem jest z tego prawa korzystać, gdy dzieje się coś złego jak np. łamanie czyichś praw. Tu Eddie nie poprzestał na prawie kobiet do aborcji. Zahaczył też o prawa osób LGBT i wiele innych ważnych kwestii.

Teoretycznie, można by powiedzieć że nie ma na co narzekać, bo obiektywnie patrząc koncert był naprawdę udany. Świetna set lista, świetnie wykonana a w tym wszystkim sporo „momentów”.

O różnych zbliżających się i odbytych imprezach przeczytasz na naszej stronie f7city.pl.

Ale jak już pisałam to nie jest obiektywny artykuł, bo piszę go z pozycji nie dziennikarza, a fana. Jako dziennikarz dałabym 10/10 bo naprawdę było świetnie i ktoś kto przyszedł tylko dla muzyki na pewno się nie zawiódł. Ale mi jako wyznawcy zespołu (chyba należałoby już napisać – byłemu) czegoś zabrakło.

Nie chodzi nawet o to, że jak nie chcę biwakować to nie mam szans na dobre miejsce, ani o energię trupa panującą wśród publiki. Najgorsze i najbardziej przykre dla mnie jest to, że już tego nie czuję. Prorok pokolenia X nie mówi już „Jak nie masz kasy na naszą płytę, to ją ukradnij”. Nie unika też mediów, bo nienawidzi komercji. Dzisiejszy Eddie Vedder chętnie pokazuje się na ściankach, chodzi na gale Oscarowe i pozuje do zdjęć ze swoimi przyjaciółmi, wśród których zdają się być już tyko gwiazdy.

Dzisiejszy Eddie, ciągnie ze sobą w trasę całą rodzinę zamiast spędzić ten czas tylko z zespołem, co bardzo by się wszystkim przydało, bo muzycy się nie przemęczają. Koncertów w ciągu roku wcale za dużo nie grają, nie spotykają się nawet na sesje nagraniowe! Zamiast tworzyć muzykę zaczęli ja zwyczajnie produkować. Może dlatego ich ostatnie albumy są tak słabe. Vedder familly była w komplecie nawet podczas samego koncertu. Serio nie mogą się rozstać nawet na 3 godziny? Jeszcze nie byłam na koncercie rockowym, na którym artysta nie mógłby na scenie użyć angielskiego słowa na F bo obecne są jego dzieci… Jak dla mnie Ed Ved po prostu stracił swoją wiarygodność. Stał się zwykłą gwiazdą. Nie chodziłam osiem razy na koncert gwiazdy. Chodziłam na prawdziwe muzyczne święto prowadzone przez niekomercyjnego, nie wywyższającego się artystę i aktywistę. Tym razem trafiłam po prostu na koncert gwiazdy rocka.


źródło: media

Zapewne dlatego oceniam koncert tak negatywnie. Jak dla mnie coś umarło. Zgasła najjaśniejsza gwiazda na całym panteonie i zespół się kompas moralny, bo to tak jakby wszystkie wartości w które się wierzyło i z kimś dzieliło okazały się nagle nieważne, a ostateczną wartością okazał się pieniądz. Przykre to jest bardzo. I właśnie dlatego, choćby Vedder wylewał z siebie siódme poty, zdzierał gardło, a tłum wykazywał jakieś życie i tak byłabym zawiedziona. Piosenki nadal są świetne, ale straciły swoją moc. Skoro nawet ich twórca nie wierzy już w to co sam napisał, to czemu dla mnie miałyby mieć znaczenie. Pearl Jam koncertuje dalej, i  pewnie nawet nagra kolejną płytę, ale jak dla mnie GRUNGE IS DEAD!

Zapraszamy wszystkich na zbliżające się Krakowskie Forum Sportu – f7krakow.pl